NAJGORSZY DZIEŃ W ŻYCIU SZEFA. 1080p. Max Krason . 02:30. POSTANOWIENIA NOWOROCZNE - Oczekiwania vs Rzeczywistość
NAJGORSZY DZIEŃ W ŻYCIU SZEFA. 1080p. Max Krason . 21:38. Tajemnica Wielkiego Sfinksa - Początek Cywilizacji. 720p. Kosmiczne Opow 10:39. Vlog z farmy #27
Najgorszy dzień dla znaków zodiaku: RYBY 17 czerwca - nadchodzące lato budzi w Tobie poczucie nostalgii i łatwo wpadasz w chandrę. Zamów swoje ulubione jedzenie i odpal serial.
Prawnik oznajmił jej, że z powodu sesji zostanie najprawdopodobniej pozwana i zwolniona z serialu. Poradził jej, by nie podejmowała żadnych działań bez jego wiedzy, ani nie rozmawiała z mediami. Dla aktorki rozpoczął się wtedy, jak sama określiła, "najgorszy dzień w życiu".
Jest pomysłowa i świetnie się bawiłam czytając ją. :) Zdecydowanie polecam w pochmurny dzień między grubymi tomiskami, warto się rozerwać przy tej cienkiej książeczce. :) Mnie bardzo się podobała, przeczytałam w jeden dzień :)) 'Najgorszy dzień' to przyjemna książeczka, z dużą dawką humoru.
👕 MÓJ SKLEP PALION STYLE: https://palionstyle.pl/📷 MÓJ NOWY KANAŁ https://bit.ly/2svlTMNSUBSKRYBUJ PO NOWE FILMY! http://bit.ly/1RoV83b ZOSTAW LAJKA PO W
Mój najgorszy dzień w życiu czyli jak przeżyć poronienie. Tego dnia miałam na sobie ulubione jeansy i ulubioną sukienkę oraz nowe złote pantofle. Kiedy w samo południe wychodzę z pracy i jadę do szpitala, trzęsą mi się ręce. Lekarka nie musi nic mówić. Nie patrzy na mnie, tylko wpatruje się skupiona w monitor.
KqiJ. Każdy z nas często tak mówi. Nie musi być to dzień, kiedy oblewamy jakiś ważny egzamin, wyrzucają nas z pracy, tracimy majątek czy umiera bliska nam osoba. Może to być po prostu ciężki dzień z bólem głowy, gdy ucieka nam autobus i musimy iść w deszczu, a później okazuje się, że musimy pokonać tę drogę jeszcze raz, gdyż zapomnieliśmy dokumentów lub co gorsza zgubiliśmy je. Co osoba, to inna sytuacja i inne problemy. Jednak zastanawiające jest, ile takich dni mamy w ciągu naszych lat na ziemi. Raczej nie znajdą się osoby, które przeżywają takie chwile codziennie. Kilka razy w roku? Z tym mogę się zgodzić. Bardziej zastanawiające jest, że z tych wszystkich złych chwil pamiętamy zaledwie dwie czy trzy prawdziwe kiepskie zdarzenia. Myśląc teraz o moich najgorszych dniach, będę mogła wymienić też kilka takich sytuacji. Mogłabym przypomnieć sobie, jak w podstawówce dostałam najgorszą ocenę z całej klasy, a później z tego powodu pomyliłam się na apelu i praktycznie spaliłam się ze wstydu. Patrząc teraz, z perspektywy czasu na tamto zdarzenie, nie uważam, że było, aż tak strasznie. Może w tamtym momencie było, lecz później przyszły jeszcze gorsze dni, które przyćmiły tamto wydarzenie. O tych dawnych dniach zapominamy zostawiając sobie w pamięci ten jeden czy dwa wyjątkowe. Prawdziwe złe dni. Reszta tak naprawdę była do zniesienia. Po latach uświadamiamy sobie, że nasz najgorszy dzień, tak naprawdę nie musi być najgorszy. Jutro może być jeszcze gorszy, straszniejszy. Wiemy dobrze, że nigdy nie możemy być pewni, kiedy nastąpi. Dlatego zwracam się do wszystkich nastolatków, którzy uważają, że mają najgorsze życie na świecie, by pamiętali, że kiedyś będą się z tego śmiali. Prawdziwe kiepskie dni mają jeszcze przed sobą, bo nikt nie ma szczęśliwego życia przez cały czas jego trwania. Ciesz się tym, co masz. Każdy dzień może być twoim najlepszym. Nie ma w nim czasie, by się zastawiać, czy jutro będzie lepiej. Dzisiaj może lepiej. Złe dni zdarzają się, po to są, ale są po to by je przetrwać, żyć dalej. Nie nazywajmy najdrobniejszego niepowodzenia naszym najgorszym dniem. Nazywajmy najmniejszą radość najlepszym dniem w naszym życiu.
Kto z nas nie miał takiego dnia, który mógłby określić mianem najgorszego w swoim życiu. Z pewnością każdy by coś znalazł w swojej historii. Jednak co wtedy, gdy sześciolatka mówi wam, że to jej najgorszy dzień w życiu? Bardzo dobre pytanie. Jak wtedy zareagować? Z jednej strony wiecie, że przed tą małą istotą jeszcze wiele wyzwań, rozczarowań i być może wiele złych dni. Jednak z drugiej strony dla dziecka właśnie w tej chwili dzieje się jakiś dramat. Czyli co zrobić? Uśmiechnąć się i zbyć to stwierdzenie, czy może potraktować to stwierdzenie bardzo poważnie. Ja w pierwszym odruchu lekko się uśmiechnąłem, gdy parę dni temu po raz pierwszy usłyszałem od swojej starszej córki, że to jej najgorszy dzień w życiu! Niby banalna sytuacja - powrót z zajęć na rowerze polnymi drogami. Jednak pewien odcinek był z dużą ilością błota i niestety jej nowiutki rower został zabrudzony. I to był koniec świata. Istny dramat! Na szczęście obyło się bez płaczu, ale jednak rozpacz była. Wtedy też właśnie padło to sławetne zdanie o najgorszym dniu w życiu. Dwa dni później, gdy w wieczornych godzinach uaktywniło się zatrucie pokarmowe, córka po raz kolejny stwierdziła, że to jej najgorszy dzień, a rano był jeszcze taki radosny. Nie jestem specjalistą od wychowania dzieci, ani też psychologiem, więc nie powiem wam jakie jest idealne rozwiązanie takiej sytuacji. Wychodzę również z założenia, że każdy wychowuje swoje dzieci na swój sposób. Parę lat temu przeczytałem, że jedynym źródłem potwierdzającym skuteczność naszych metod wychowawczych są nasze dzieci, które po latach będą w stanie nam powiedzieć czy dobrze je wychowaliśmy. Wracając jednak do sprawy emocji u dziecka. Osobiście staram się podejść do sprawy z odpowiednią powagą. Wiele podręczników i specjalistów od wychowania poleca pytać się dzieci o ich emocje, więc skoro sama mówi o swoich uczuciach to staram się starannie wysłuchać i odpowiednio zareagować w zależności od tego jakie jej wrażenia mają zabarwienie. Nie jest to problem, gdy rozmawiam już ze starszą córką, która potrafi nazwać większość swoich emocji. Problem pojawia się u młodszej córki - trzylatki ponieważ ona jeszcze nie jest w stanie nazwać poprawnie swoich uczuć. Czasem dochodzi do takich sytuacji, gdy mówi, że jest smutna z powodu tego, że otrzymała swój wymarzony prezent ;). Dla jutra lekceważy się to, co dziś [dziecko] cieszy, smuci, dziwi, gniewa, zajmuje. Dla jutra, którego ani rozumie, ani ma potrzebę rozumieć, kradnie się lata życia, wiele lat. Janusz KorczakTutaj znowu posłużę się dobrymi radami specjalistów od wychowania. Polecają oni nie pytać dziecka o to co robiło w przedszkolu, szkole lub zadawać pytanie typu co dzisiaj robiłaś/-eś? lub jak ci dzisiaj minął dzień? Zalecają zadać pytanie typu: czy byłaś/-eś dzisiaj szczęśliwy? albo czy była sytuacja, gdy byłaś/eś smutny? I tu dochodzi do zderzenia teorii z praktyką ;). Oczywiście raz na jakiś czas próbuje w ten sposób zadawać pytania. Jednak bardzo często odpowiedź jaką słyszę to: nie pamiętam. Była również sytuacja, gdy w trakcie jazdy samochodem z przedszkola na zajęcia z pływania, próbowałem się dowiedzieć co nieco jak minął dzień, ale w odpowiedzi usłyszałem: Tato! Nie przesłuchuj mnie! Już nic więcej ci nie powiem! :) Także tyle w teorii. Oczywiście trzeba pamiętać, że każde dziecko, każdy człowiek jest inny i ma inne potrzeby i inaczej trzeba do niego trafić. Dlatego też nie poddaję się i czasem wracam do pytań na temat emocji, ponieważ wiem, że jest to ważne. Tym bardziej w przypadku starszej córki, która jest bardzo wrażliwa. Co roku okres Wielkanocy oraz 1 Listopada powoduje u niej silne reakcje. Pojawiają się wtedy tematy, na które żaden rodzic z dzieckiem pewnie nie chciałby rozmawiać - śmierci. Zeszłoroczne Święto Zmarłych skończyło się tygodniem zasypiania z płaczem i dyskusjami na temat pójścia do nieba, pochówku i wszystkimi rzeczami z tym związanymi. Był to trudny okres dla nas wszystkich, ale cierpliwie codziennie tłumaczyliśmy i odpowiadaliśmy na jej pytania. Oczywiście nie znamy wszystkich odpowiedzi, ale to była kolejna sytuacja, w której nie wolno nam było zbagatelizować towarzyszących jej o swoich emocjach bywa dla niektórych trudna, nie tylko ze względu na problem z ich określeniem jak w przypadku trzyletniego dziecka. Czasem bywa tak, że ludzie nie chcą o nich mówić z różnych powodów - strachu, wstydu itp. Jak widać u dzieci nie ma z tym problemu. Jeżeli czegoś się boją to najczęściej zaczynają płakać. Gdy się wstydzą, to się chowają za rodzicami. Gdy są złe lub obrażone to również zaczynają płakać, krzyczeć, tupać nóżką, a nawet są w stanie się położyć na ziemi w sklepie, na ulicy lub gdziekolwiek. Tak właśnie dzieci wyrażają to co czują lub gdy próbują nas, rodziców do czegoś zmusić. Miałem przyjemność uczestniczyć w takim spektaklu w sklepie sportowym, gdy młodsza córka płożyła się na ziemi. No cóż, jej pech polegał na tym, że byłem po obejrzeniu filmu na YT jak pan ciągnie przez lotnisko, równie mocno obrażone swoje dziecko. Oczywiście ja swojej córki nie ciągnąłem ale wziąłem pod pachę i poszliśmy do kasy. Co na to specjaliści od wychowania? Nie wiem. Wiem tylko tyle, że opisują trzy rodzaje płaczu dziecka - gdy jest głodne, gdy jest zmęczone lub złe oraz gdy coś je boli. Trzy rodzaje! Ale już nie piszą jak ten płacz rozpoznać, musisz drogi Rodzicu sam się domyśleć. Rozwiązań takiego zachowania dziecka podają również sporo - od pozostawienia dziecka samego, aż się wypłacze, po przytulenie. Jakie wybrać? To zależy od ciebie, dorosłego, ale również od dziecka i sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Trzeba próbować różnych metod, aż znajdzie się tą właściwą. Małe dziecko - mały problem. Duże dziecko - duży jednej strony można porady specjalistów zignorować, ale z drugiej strony jest w nich wiele racji. W sumie znajduję tylko jedno dobre podsumowanie tego: dziecko płacze - coś się dzieje. I w sumie jest to prosta sytuacja i jasny komunikat ze strony naszej pociechy. Problem pojawia się w przypadku starszych pociech, a jeszcze gorzej jest z nami - dorosłymi. Tak, z nami jest najgorzej, bo wyszkoleni przez system edukacji oraz sytuacje życiowe zaczynamy maskować swoje emocje w życiu codziennym. Czy wyobrażacie sobie wizytę u szefa po podwyżkę, a on wam jej odmawia, więc wy w drodze rewanżu, że nie dostaliście tego co chcieliście kładziecie się na ziemi i walicie nogami w podłogę? W takiej sytuacji nasze wewnętrzne dziecko dąsa się, tupie nóżką, być może krzyczy, ale na zewnątrz jest uśmiech i udawanie, że wszystko jest dobrze. Szczęściarzem jest ten, kto ma zaufaną osobą, z którą może porozmawiać o swoich przeżyciach. Jednak to nie zawsze załatwia sprawę, bo nie dostaliśmy tego co chcieliśmy albo tylko powiedzieliśmy o swoich uczuciach ale sytuacja może w nas jeszcze długo "siedzieć". O ile łatwiej by było gdybyśmy mogli zachować się jak małe dziecko - wyrzucić z siebie wszystko co nas boli w danej chwili. Dzięki temu może ktoś zwróci na nas uwagę, i zostaniemy odpowiednio potraktowani. Nie chodzi mi też o to, aby krzyczeć na innych w każdej sytuacji, która nie jest po naszej myśli, ale o to, aby nie dusić w sobie emocji. Z własnego doświadczenia wiem, że prędzej czy później odbije się to naszym zdrowiu i nie tylko tym psychicznym ale również śmieje się dziecko, śmieje się cały świat. Janusz KorczakDo tej pory opisywałem tylko te negatywne emocje, ale przecież w życiu każdego z nas powinny gościć również i te radosne chwile. Z nimi też trzeba sobie radzić w odpowiedni sposób. Nie wiem czy to znak naszych czasów, czy może narodowa kultura, ale uwielbiam patrzeć na reakcję mijających nas ludzi, gdy moje córki do zupełnie obcych ludzi mówią: dzień dobry! Wierzcie mi lub nie, ale większość z nich nie wie co odpowiedzieć. Są jakby wyrwani ze snu, że ktoś się do nich odezwał i niczego od nich nie chce. Miałem to samo, gdy w trakcie studiów odbywałem praktyki zagraniczne i w małej miejscowości nagle ktoś mnie pozdrowił. Również byłem w głębokim szoku i nie wiedziałem jak zareagować. Czemu to nas tak mocno dziwi, że zupełnie obca osoba życzy nam miłego dnia. Może powinniśmy przypomnieć sobie jak to jest być dzieckiem? 1 czerwca, czyli Dzień Dziecka, to dobra okazja aby to zrobić. Przypomnijmy sobie jak to jest skakać w kałużach wody w trakcie spaceru po deszczu. Przypomnijmy sobie jak to jest zerwać dmuchawiec i dmuchnąć jak najmocniej potrafimy, aby ziarenka poleciały jak najdalej. Przypomnijmy sobie jak to jest puszczać latawiec na wietrze. Przypomnijmy sobie jak to jest wierzyć w świętego Mikołaja, Wróżkę - Zębuszkę. Kiedy ostatni raz staliście na wiadukcie i machaliście do przejeżdżających samochodów ciężarowych aby kierowca nacisnął na klakson? Czy to nie jest tak, że wpadliśmy w narzucone wzorce zachowania, które jest akceptowalne przez społeczeństwo? A może sami sobie narzucamy taki rygor, a zachowanie odbiegające od tego uważamy za dziwaczne? Może warto zrobić coś szalonego, coś co robią dzieci. Pamiętacie może szalony bieg Phoebe z serialu Przyjaciele? Dla tych, którzy nie widzieli polecam zajrzeć tutaj. Bardzo często brakuje mi takiego podejścia do życia jakie prezentowała w tym biegu Phoebe. Na szczęście moje dzieci przypominają mi, że życie jest piękne, że to że pada deszcz to nie problem aby wyjść na spacer i taplać się w kałużach. Że można się świetnie bawić drewnianą łyżką i miską. Że rysowanie i kolorowanie może sprawić tyle radości i fajnych chwil. Bo dziecięca radość życia jest niesamowita. Ich fascynacja odkrywaniem świata jest bardzo porywająca. Wróćmy do tego. Cieszmy się tym, każdą chwilą, bo życie i świat, który nas otacza jest piękny i pełen miłości. Przestańmy zastanawiać się nad tym co pomyślą inni i żyjmy. Bądźmy jednak gotowi gdy przyjdą pochmurne dni i wysłuchajmy drugiej osoby, aby jak najszybciej ponownie zaświeciło mu słońce. Czego sobie i Wam przede wszystkim życzę!Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka!
Dzień 13 maja tego roku był chyba najgorszym dniem mojego życia. Wtedy to bowiem pokłóciłam się z rodzicami, dostałam jedynkę i znienawidziłam koleżankę. A to było tak: W przeddzień klasówki z matematyki w ogóle się nie uczyłam. Sądziłam, że wszystko już umiem, a gra na komputerze jest o wiele przyjemniejsza. Na sprawdzianie jednak dowiedziałam się, że bez pracy nie ma kołaczy. Dostałam jedynkę, bo nic nie wiedziałam. Do tego, pod koniec lekcji pokłóciłam się z artykuł aby odblokować treśćDzień 13 maja tego roku był chyba najgorszym dniem mojego życia. Wtedy to bowiem pokłóciłam się z rodzicami, dostałam jedynkę i znienawidziłam koleżankę. A to było tak: W przeddzień klasówki z matematyki w ogóle się nie uczyłam. Sądziłam, że wszystko już umiem, a gra na komputerze jest o wiele przyjemniejsza. Na sprawdzianie jednak dowiedziałam się, że bez pracy nie ma kołaczy. Dostałam jedynkę, bo nic nie wiedziałam. Do tego, pod koniec lekcji pokłóciłam się z Martą. Szantażowała mnie, że jeśli nie powiem jej, co było na karteczce od koleżanki, którą wcześniej dostałam, to zawiadomi moją mamę o klasówce. Nie ugiąłam się, ponieważ na karteczce była ważna informacja, a Marta już kilka razy dopuszczała się szantażu i nigdy nie wypełniała swoich obietnic. Ale widać było, że bardzo jej zależy. Pomyślałam sobie ,,siła złego na jednego". Dzisiaj nic mi nie wychodziło. Gdy wróciłam do domu, mama od razu wypytywała się o pracę klasową. Odpowiedziałam jej, że miałam czwórkę. Na szczęście już nic nie chciała wiedzieć. Godzinę później zadzwonił telefon. Mama go odebrała. Po krótkiej rozmowie zapytała mnie:Co dostałaś z matematyki ?Mówiłam ci już, że miałam czwórkę - ma krótkie nogi, córko. Zadzwoniła do mnie jakaś anonimowa dziewczyna i powiedziała, że z matematyki dostałaś ocenę niedostateczną. I do tego sądzę, że miała rację - posłuchaj. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr !Nie pouczaj mnie! Dostałaś słabą ocenę i należy ci się kara. Do końca miesiąca nie śmiesz włączyć komputera. A teraz marsz do pokoju odrabiać lekcje! I poszłam. Byłam bardzo zdenerwowana. Czy to możliwe? Brak dostępu do komputera do końca miesiąca? Nie mogłam się z tym pogodzić. Przez te dwa tygodnie moje wyniki w nauce sporo się polepszyły. Na poprawie klasówki z matematyki dostałam ,,prawdziwą" czwórkę. Później tylko w skrajnych przypadkach używałam komputera. Zrozumiałam, że aby dostać dobrą ocenę i być mądrym człowiekiem nalęzy się uczyć, bo bez pracy nie ma kołaczy.
Jak często zdarza Ci się myśleć na koniec dnia: "To był najgorszy dzień w moim życiu!". Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć, bo przed nami jeszcze wiele dni, miesięcy, lat. Ale na pewno zdarza Ci się tak myśleć. Albo przynajmniej, że był to jeden z najgorszych dni. Ja też miałam taką myśl. Właśnie przedwczoraj. Jak to mówią, jak pech to pech. Dzień zaczęłam pobudką o 4:50. Byłam w domu rodzinnym na długi weekend, więc na luzie mogłam wyjechać właśnie we wtorek. Pracę zaczynałam o 13:15, a przy dobrych wiatrach dojeżdżam do Katowic w 4-4,5h. Więc łatwo policzyć, że miałabym nawet zapas czasu, żeby się zdrzemnąć. Nie dane mi było tego zrobić. Zepsuł się autobus, którym jechałam... Nadal nie mogę w to uwierzyć. Ci pasażerowie, którzy mieli umówione jakieś spotkania, szukali transportu na własną rękę. Ja z ciężką, wypchaną po brzegi walizą zostałam z grupką innych osób. Kierowca zadzwonił tam i siam i następny autobus jechał pół godziny za nami. To czekaliśmy na zimnie. Wszystkich trzęsło jak galaretę, bo wyszliśmy z ciepłego wnętrza na zimne powietrze. Dobra, przyjechał ten autobus. Wiecie co było dalej? Okazało się, że był jakiś wypadek i jedno z miast po drodze było całkowicie zakorkowane. Zamiast ten kawałek, co pozostał przejechać w 30 minut, my jechaliśmy ponad godzinę. Już w myślach zaczęłam liczyć czy ja w ogóle zdążę do tej pracy. Musiałam jeszcze odnieść walizkę do mieszkania i coś zjeść. Ale udało się. Na miejscu, w Katowicach byłam koło 11:50, więc szybko pobiegłam do mieszkania (o ile można biec z walizką, która waży tonę...), zjadłam, spakowałam co trzeba i pobiegłam na autobus. Przez kilka godzin było wszystko dobrze. Zła, ranna passa gdzieś sobie odeszła, aby zaatakować wieczorem. Pierwszy raz miałam zamykać sklep sama. Wiecie, rozliczyć kasę, coś wydrukować, napisać maila. Niby brzmi łatwo, ale już przy pierwszym elemencie pojawił się problem... Następny pojawił się 15 minut później, a kolejny jeszcze 10 minut potem. Wyszłam z pracy o 22, a o tej godzinie zwykle byłam już pod prysznicem. Jeszcze myślałam, że nie zdążę wyjść głównym wyjściem centrum handlowego, w którym pracuję, bo drzwi zamykają punkt 22. W tym całym nieszczęściu tu miałam szczęście, bo nie zamknęli. Szybko się spakowałam, przebrałam, zamknęłam. Ale to jeszcze nie koniec... Pobiegłam na przystanek, akurat podjechał autobus. Uff... Wsiadłam, szukam telefonu w torbie, w kieszeniach. Nie ma go. Pędem wypadłam z tego autobusu z powrotem do centrum. Szukam w całym sklepie, w którym pracuję. Nie ma. Możecie się tylko domyślać jak spanikowana byłam. I wtedy przyszła mi do głowy myśl, że przez cały czas nosiłam telefon w tylnej kieszeni spodni. Kiedy usiadłam w autobusie mógł mi się wysunąć i zostać na siedzeniu. Ale już po ptakach... Akurat stał kolejny autobus, podchodzę do kierowcy. Akurat pani była miła, ale okazało się, że jej telefon jest rozładowany... Pożyczyłam go od jakiejś innej pani. Dobra, dyspozytornia nie odbiera. Przyjechał kolejny autobus tej linii. Panu udało się dodzwonić, potem zadzwonił do tego kierowcy poprzedniego autobusu. Miał sprawdzić na najbliższym przystanku. Ja już tracę nadzieję, bo jak tam leżał to równie dobrze ktoś mógł go ukraść... Późno się robiło, bo było już koło 22:30. Przyjechał ten feralny autobus. Niby kierowca przeszukał i nic nie znalazł, ale ja jeszcze raz to zrobiłam. Nic. Ani śladu po nim. No i co zrobić w takiej sytuacji? Nie masz telefonu, numery masz zapisane w telefonie, bo kto by się ich uczył na pamięć... Wróciłam do mieszkania. Bez telefonu. Oczywiście po wszystkich wrażeniach nie mogłam zasnąć, chociaż byłam na nogach od 4:50... Zasnęłam koło 24. A w dodatku następnego dnia musiałam wstać o 6:30 na zajęcia... Zabijcie mnie. Na szczęście miałam jakiś stary telefon, więc budzik sobie nastawiłam, bo w innym przypadku na pewno bym nie wstała... Ale on był bez karty SIM, więc zadzwonić i tak nie mogłam. Wiecie jak się skończyło? Od razu po porannych zajęciach popędziłam do pracy. Okazało się, że telefon zostawiłam w takim miejscu, którego poprzedniego dnia nie przeszukałam. Wszystko skończyło się dobrze, ale wcale tak być nie musiało. Stresu najadłam się chyba za cały rok. Dawno nie miałam tak straszliwego pecha. Mieliście kiedyś takie niesamowicie pechowe dni, że nic nie szło po Waszej myśli?
3-latek zaginął w sobotę 19 września. Funkcjonariusze rozpoczęli sprawdzanie buszu, w kierunku którego miał się udać chłopiec. Policjanci poruszali się konno i pieszo, wykorzystano również samolot i psy tropiące. W poszukiwaniach dziecka uczestniczyli także ojciec i dziadek chłopca. Chłopiec przetrwał sam w buszu. W jakim był stanie?Jimmy O'Reilly został odnaleziony przez dziadka i ojca około 12 godzin od wyjścia z domu. Jak podaje "The Guardian", chłopiec ukrywał się w gęstych zaroślach. Był zmarznięty i przemoczony, jednak na jego ciele nie znaleziono żadnych obrażeń. To był najgorszy dzień w moim życiu. (Jimmy O'Reilly – przyp. red.) był zdecydowanie zmarznięty, przestraszony i głodny. To było smutne, widzieć go w takim stanie. Ale w zasadzie wyszedł z tego bez zadrapania – opowiedział w wywiadzie dla "The Guardian" Chris O'Reilly, ojciec Jimmy'ego. Michelle Buckley, matka chłopca, przyznała, że bała się o jego życie. Jej strach wzrósł, gdy zaczęło się już ściemniać. Kobieta obawiała się, że Jimmy – ubrany tylko w cienką piżamę – nie przetrwa w złych warunkach atmosferycznych. Przeczytaj także:
najgorszy dzień w życiu